| Vladimir Nabokov: Zdecydowane poglądy, Strong Opinions, Vintage International (Random House), New York 1990. © 1973 by Article 3C Trust under the Will of Vladimir Nabokov.
(Fragmenty w tłumaczeniu Olgi Stanisławskiej (1) oraz Miry Michałowskiej (2) pochodzą z Zeszytów Literackich, nr 58, 1997 r.)
(1) " - Dziennikarze, którym udziela pan wywiadu, dochodzą do wniosku, że nie jest pan osobą zbyt stymulującą. Dlaczego? - Szczycę się tym, że nie jestem osobą przyciągającą publiczne zainteresowanie. Nigdy w życiu nie byłem pijany. Nigdy nie używam sztubackich wyrazów o czterech literach. Nigdy nie pracowałem w biurze ani w kopalni węgla. Nigdy nie należałem do żadnego klubu czy grupy. Żadne wierzenie religijne czy szkoła nigdy nie wywarły na mnie najmniejszego wpływu. Nic nie nudzi mnie bardziej niż powieści polityczne i literatura o zacięciu społecznym. - A jednak muszą być rzeczy, które pana poruszają - które pan lubi lub nie. - To, czego nienawidzę, to proste - głupota, ucisk, zbrodnia, okrucieństwo, lekka muzyka. Moje przyjemności są najintensywniejsze, jakie zna człowiek - pisanie i polowanie na motyle. (...) - Jest pan zawodowym lepidopterologiem? - Owszem, interesuje mnie klasyfikacja, wariacja, ewolucja, struktura, występowanie, zwyczaje lepidoptera - to brzmi imponująco, ale tak naprawdę jestem ekspertem jedynie w zakresie małej grupy motyli. Opublikowałem wiele artykułów o motylach w rozmaitych periodykach naukowych - ale chcę powtórzyć, że moje zainteresowanie motylami jest wyłącznie naukowe. - Czy ma ono związek z pana twórczością? - W ogólny sposób, owszem, ponieważ sądzę, że w dziele sztuki dochodzi do swoistego połączenia dwóch rzeczy - precyzji poezji i podniecenia, którego źródłem jest czysta nauka. (...) - Czy wciąż czuje się pan Rosjaninem, pomimo tylu lat w Ameryce? - Czuję się Rosjaninem i myślę, że moje rosyjskie dzieła, rozmaite powieści i wiersze, i opowiadania, które napisałem przez lata, są rodzajem hołdu złożonego Rosji. I mógłbym je określić jako fale i zmarszczki na wodzie, które wywołał szok, jakim było zniknięcie Rosji mojego dzieciństwa. Ostatnio złożyłem jej też hołd w pisanej po angielsku pracy o Puszkinie. (...) - Dla kogo pan pisze? Dla jakiej publiczności? - Nie sądzę, że artysta powinien przejmować się swoją publicznością. Najlepszą publicznością jest osoba, którą widzi co rano w lustrze w łazience. Myślę, że publiczność, którą artysta sobie wyobraża, jeśli już wyobraża sobie takie rzeczy, to sala pełna ludzi noszących maskę z jego własną twarzą. (...) - Czasem wydaje mi się, że w pana powieściach - w "Śmiechu w ciemnościach", na przykład - istnieje wątek perwersji sięgającej okrucieństwa. - Nie wiem. Być może. Bez wątpienia niektóre z moich postaci są dość paskudne, ale naprawdę mnie to nie martwi, znajdują się poza moim wewnętrznym ja, jak ponure maszkary na fasadzie katedry - demony umieszczone tam tylko po to, by pokazać, że je wypędzono. W rzeczywistości jestem łagodnym starszym panem, który nie znosi okrucieństwa. (2) - Jeden z krytyków stwierdził, że "przypisuje pan niemal obsesyjne znaczenie do zdania, rytmu i znaczenia słów", co jest szczególnie widoczne w imionach, jakie nadał pan swojej słynnej pszczółce i jej trzmielowi - Lolicie i Humbertowi Humbertowi. Czym kierował się pan przy ich wyborze? - Dla mojej nimfetki potrzebowałem imienia zdrobniałego, zawierającego nieco śpiewnego liryzmu. Litera "l" jest jedną z najpromienniejszych i najbardziej przezroczystych. Zgłoska "ita" ma w sobie dużo łacińskiego ciepła, a tego także poszukiwałem. Stąd: Lolita. Jednakże nie należy wymawiać tego imienia tak, jak robi to pan i większość Amerykanów. Mówicie Lol-lii-ta, przy czym wasze "l" jest ciężkie i kluchowate, a "o" za długie. Powinno być inaczej. Pierwszą sylabę należy wymawiać jak w słowie lollipop: z delikatnym, płynnym "l", a środkowe "li" nie może być za krótkie. Hiszpanie i Włosi wypowiadają je oczywiście dokładnie tak, jak trzeba, pieszczotliwie i wzniośle zarazem. Brałem też pod uwagę miły plusk wydobywający się z jej źródłowego, jej prawdziwego imienia - imienia fontanny - owego "Dolores" pełnego łez i róż. Musiałem uwzględnić tragiczny los mojego dziewczątka wraz z jej słodyczą i otwartością. To "Dolores" zapewniło jednocześnie możliwość nieco prostszego, codzienniejszego i dziecinniejszego zdrobnienia: Dolly, które świetnie pasowało do nazwiska "Haze", gdzie irlandzka mgiełka miesza się z niemieckim króliczkiem - a raczej z niemieckim zajączkiem. - Robi pan oczywiście zabawną aluzję do niemieckiego słowa Hase - zając. Ale dlaczego jej podstarzałemu kochasiowi nadał pan takie rozwlekłe, podwójne imię? - To też było proste. Dwukrotne charknięcie wydaje mi się dość paskudne i bardzo sugestywne. Jest to obrzydliwe imię dla obrzydliwego osobnika. Ale jednocześnie królewskie, a potrzebny mi był królewski pogłos przy nazywaniu go Humbertem Szalonym i Humbertem Pokornym. Poza tym powstaje możliwość tworzenia kalamburów. A odrażające zdrobnienie "Hum" dokładnie odpowiada zarówno społecznie, co i emocjonalnie owemu "Lo", jak nazywała Lolitę jej matka." |